Herbia  Strona Główna  
  •  FAQ  •   Szukaj  •   Użytkownicy  •   Grupy  •   Statystyki  •  Rejestracja  •   Zaloguj  •   Album  •   Chat  • 
 Ogłoszenie 


Czas najwyższy!
Koniec świata - jak zwykle - nie wypalił, co jest dobrą okazją do startu nowej edycji Herbii!
Zapraszamy!


Poprzedni temat :: Następny temat
Wartość Honoru
Autor Wiadomość
Visor 


Wiek: 26
Dołączył: 22 Maj 2009
Posty: 24
Skąd: Częstochowa
Wysłany: 2010-01-25, 15:06   Wartość Honoru

Był rok 2067... od roku 2013 urbanizacja niezaludnionych terenów wzrastała, a wraz z nimi malała liczba miejsc gdzie istniała przyroda. Ale któż jej potrzebował skoro jej funkcje zastępowały zajmujące o wiele mniej miejsca urządzenia? Wytwarzanie powietrza, filtrowanie go... to wszystko robiły teraz maszyny, a rośliny istniały jedynie w sztucznym środowisku wielkich hermetycznych halach gdzie garstka ludzi zajmowała się tworzeniem warzyw i owoców. Po co męczyć się z hodowlą na zwykłych polach skoro za pomocą rozmaitych urządzeń i nowoczesnych wspomagaczy można było mieć dorodne pomidory w tydzień? Oczywiście były one o pięćdziesiąt procent mniej zdrowe niż naturalnie hodowane warzywa, ale kogo to obchodziło... liczyła się efektowność i szybkość, a jakość spadała na drugi plan. To wszystko doprowadziło do tego, że w roku 2045 przyroda nie istniała poza ogrodami zoologicznymi i uprawami. Mimo wszystko ludzie byli szczęśliwi. Choć oczywiście nie wszyscy. Na pewno mało zadowoleni byli mieszkańcy terenów mało zurbanizowanych lub dzielnic biedy, które nie mogły zniknąć wraz z postępem. Wydawały się one stałym elementem każdej metropolii. Społeczeństwo samo podzieliło się na cztery grupy. Byli to politycy, którzy jak zawsze przejmowali się bardziej swoimi stołkami niż ludźmi, którzy ich wybierali. Dalej byli naukowcy, którzy w aktualnych czasach zyskali na wartości. To dzięki wynalezionym przez nich urządzeniom, zastępującym środowisko urbanizacja mogła sięgnąć tak daleko. Obecni również byli stróże porządku pod których podchodziła straż pożarna, policja oraz pracownicy medyczni. Ostatnią i najmniej ważną grupą byli szarzy obywatele, klasa robotnicza. Jednak kiedy stróże prawa i porządku nudzili się mając sobie za nic biedne dzielnice miasta gdzie ginęli ludzie, a haracze były codziennością, a politycy dalej żerowali na ludziach jedynie naukowcy starali się kontynuować postęp i zadbać o to by życie było jeszcze wygodniejsze oraz lepsze. W jednym z największych miast nowoczesnej Europy - Monachium, nieliczna grupa naukowców pod przewodnictwem hiszpańskiego uczonego prof. Carlosa Rosy Fernandeza od lat pracowała nad maszyną, nad której odkryciem ludzkość głowiła się od wieków. Tworzyli oni maszynę czasu... coś czego pragnęli wszyscy. Bogaci, biedni... tyrani i demokratyczni przywódcy...

Księżyc już długi czas wznosił się nad Monachium, a jego blask odbijał się od ogromnego oszklonego liczącego siedemdziesiąt pięter wieżowca instytutu badawczego. Na jego dachu dumnie świeciły się dwie litery "ML" co oznaczało po prostu "Monachium Laboratories". Przez puste korytarze pędziła postać ubrana w garnitur, pod którym znajdowała się dokładnie uprasowana biała koszula i dobrany do wszystkiego krawat. Jedynie biały fartuch z logo ML pozwalał sądzić, że ten niespełna czterdziesto letni mężczyzna jest naukowcem. Jego podróż zakończyła się przy wielkich metalowych drzwiach z małą budką w której przesiadywał strażnik.
-Poproszę identyfikator. - Postać w fartuchu bez słowa podała nieco zbyt lubiącemu słodkości strażnikowi, nieduży biały prostokąt z złotym paskiem po środku. Strażnik ospale przesunął nim przez szczelinę urządzenia znajdującego się tuż przy szybkie jego budki. - Witam profesorze Fernandez. Może pan wejść. - Potężne drzwi powolnie rozsuwały się przed naukowcem jakby chciały wzbudzić jak największe podekscytowanie tym co kryją za sobą. Gdy tylko stanęły przed nim otworem, od razu wszedł do środka, a te równie nieżwawo zasunęły się za nim.

Pomieszczenie gdzie teraz znajdował się profesor Fernandez było wielką, wybieloną i sterylną halą. Było tu tak czysto, że nawet największy pedant nie brzydziłby się jeść tutaj z podłogi. Profesor przez chwilę wydawał się być trochę oślepiony tą bielą po wkroczeniu tutaj z słabo oświetlonych korytarzy. Gdy jego oczy w końcu przywykły do blasku czystej bieli w której skąpane było otoczenie podszedł do niewielkiej konsoli.
-Proszę przygotować się do badania siatkówki oka. - Oznajmił delikatny kobiecy głos. Fernandez nachylił się nad konsolą i wiązka lasera, przejechała po jego oku. - Profesor Carlos Rosa Fernandez, główny projektant. Witamy w panelu kontrolnym maszyny czasu profesorze. ?yczę miłej pracy. - Gdy komunikat się skończył Fernandez zaczął zręcznie operować po kolejnych częściach menu panelu. W końcu gdy dotarł do interesującego go miejsca zwinnie wpisał krótki kod. Zaraz po tym nastąpiło krótki stukot, jakby ktoś odpalał stary mechanizm. Wielka stalowa bariera zaczęła wtapiać się w sufit odsłaniając dzieło jego życia - maszynę czasu. Maszyna miała kształt małej literki "i". Z przodu znajdowała się ruchoma kopuła o kształcie na wpół wbitego ziemie koła. Zaraz za kopułą znajdował się podłączony do niego imponujących rozmiarów panel sterowania. To do niego Fernandez skierował swoje kroki. Podszedł do małego panelu i przyłożył do niego palec.
-Badanie linii papilarnych pozytywne. Witamy profesorze Fernandez. - Gdy tylko automat skończył swoją formułkę z wewnątrz panelu dało się usłyszeć szum oznajmiający, że został on aktywowany. Nie minęła chwila, a panel rozbłysł niebieskim światłem odbijającym się na białych kaflach, którymi były wyłożone ściany pomieszczenia. Profesor jedynie potarł się po kilkudniowym czarnym jak smoła zaroście, a w jego niebieskich oczach było widać iskrę podekscytowania. Gdy stanął przy głównym panelu sterowania zaczął wpisywać różne dziwne i niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka kombinacje znaków i liczb. Po niedługiej chwili znajomy kobiecy głos oznajmił.
-Sekwencja uruchomienia rozpoczęta. - Panel zaczął pracować jeszcze głośniej, a szum, który wytwarzał mógłby skutecznie zagłuszyć cicho prowadzoną rozmowę. W końcu tytanowa osłona w postaci półkola z przodu zaczęła się odsuwać do tyłu. gdy tylko powstała szczelina, niebieskie światło zaczęło wydostawać się na zewnątrz. Osłona odsunęła się do połowy ukazując, coś jakby znajdującą się w próżni błękitną czarną dziurę. Fernandez dumnie podszedł do kopuły i zaczął przyglądać się temu zjawisku z nieukrywaną satysfakcją. Był na tyle pochłonięty, że nie zauważył, iż z tylnej części panelu zaczął ulatniać się dym, a na ekranie sterowania pojawiła się nieduża czerwona ikonka. Nagle pseudo dziura zaczęła zmieniać ciągle swój rozmiar co zaniepokoiło Fernandeza, który od razu znalazł się przy panelu. Ujrzał wtedy czerwoną ikonkę ostrzegawczą, i iskry lecące z tylnej części maszyny. Zaczął wprowadzać kody dezaktywujące jednak maszyna na nie reagowała. Kątem oka widział jak niebieska poświata z przodu rośnie by po chwili stracić caly blask i rozbłysnąć na nowo. W końcu przy którejś z kolei próbie wyłączenia maszyny został porażony prądem, i odrzucony do tyłu. Gdy zobaczył, iż maszyna zupełnie sfiksowała, zebrał się do ucieczki, ale było już za późno. Przednia część maszyny eksplodowała, a błękit zaistniałego zjawiska rozprysł się w nim niczym mydlana bańka wywołując zjawisko przypominające wyładowania atmosferyczne, które spowodowały drugi wybuch. Wszystko trwało chwilę i nastała grobowa cisza. Słychać było otwierające się stalowe drzwi przez które wdarł się strażnik. Zobaczył jedynie dymiąca maszynę czasu i czarne smugi na czystych białych podłogach i ścianach. A żadnego śladu profesora Fernandeza.

Gdy Fernandez się ocknął zobaczył, że nad nim znajduję się bogato ugwieżdżone niebo. Rękami poczuł, że leży na czymś miękkim. Gdy podparł się na łokciach zrozumiał, ze była to trawa, a sam był otoczony przez gęsto posiane drzewa.
-Gdzie w naszym świecie drzewa? - Zapytał sam siebie swoich ochrypłym głosem Carlos. Wtedy usłyszał za sobą szmery. Obrócił się w miejscu i zamarł. Nie wiedział czym była bestia, która się do niego zbliżała. Mógł to być pies, ale to było większe od każdego z gatunków psów i porośnięte gęstą nastroszoną szarą sierścią, która na pysku i brzuchu przechodziła w siwiznę. W każdym razie stworzenie to powoli zbliżało się ku niemu, a gdy znalazło się w odległości parunastu metrów od niego donośnie zawyło i ruszyło ku niemu. Gdy bestia była blisko Fernandez położył się na ziemi i zasłonił twarz rękoma. Po chwilowej ciszy usłyszał warknięcie, a po sekundzie skowyt. Gdy otworzył oczy zobaczył, że jego biały fartuch jest zabrudzony krwią. - Co do...? - Nie dokończył zdania gdyż nad nim pojawiła się przedziwnie opancerzona postać. Wyglądało to jak nowoczesna średniowieczna zbroja płytowa. Po chwili przyglądania się Fernandez stwierdził, że bardziej przylega ona do ciała, a dzięki swojej budowie pozwała wykonywać znacznie zręczniejsze ruchy niż jej stary odpowiednik. Ale zastanawiały go małe szczeliny bijące po oczach turkusowym światłem.
-Wszystko w porządku? Kimkolwiek jesteś... - Zapytała postać przykładając zakrwawiony miecz do pasa i przytwierdzając go zatrzaskiem.
-Tak... myślę, że tak... - Powiedział Carlos ciągle siedząc na ziemi. - Ale... gdzie ja jestem?

-A więc gdzie się znajduje? - Ponowił pytanie Fernandez podnosząc się z ziemi.
-W jakim świecie żyjesz przybyszu? Jesteśmy w królestwie Vallen. Nie wiesz? - Tajemniczy mężczyzna założył ręce z przodu i lekko przekrzywił głowę, jakby nie dowierzał, że Fernandez nie wie czym jest to całe Vallen.
-Widzisz... znalazłem się tutaj raczej mimowolnie.
-Interesujące, ale mógłbyś jaśniej? - Wyraźnie niecierpliwił się jego rozmówca.
-A więc... jestem naukowcem i prowadziłem badania nad wehikułem czasu. - Fernandez na moment przestał mówić, myśląc czy jego rozmówca rozumie o czym mówi. W końcu przez hełm nie mógł zobaczyć wyrazu jego twarzy, ale zdecydowanie był zainteresowany jego opowieścią. - Dzisiejszego dnia postanowiłem przeprowadzić próbę, zobaczyć czy wszystko gra. Niestety albo zasilacze wewnątrz urządzenia nie wytrzymały, albo jakiś układ został źle zmontowany...
-...i jakaś niewyjaśniona anomalia przeniosła cię do tego lasu, tak?
-Skąd wiesz? - Zapytał zdziwiony Fernandez.
-Nie tylko u was... gdziekolwiek to jest... istnieje zaawansowana technologia. Również mamy wiele przydatnych urządzeń, a myślano już nad tym, aby zacząć pracę nad podobnym wehikułem. Jednak nasz król, jako człowiek mądry stwierdził, że musimy sami zasłużyć sobie na godną przyszłość, nie ingerując w przeszłość czy przyszłość. A królowi nikt się nie przeciwstawi. - Carlos był wielce zdziwiony słysząc treść ostatniego zdania. Monarchia w świecie nowoczesnej technologi? Gdzie on do cholery trafił?
-U was panuje monarchia?
-Oczywiście. A jak to niby wygląda u was? A zresztą... porozmawiamy o tym w przyjemniejszym miejscu. Rozumiem, że trochę u nas zabawisz?
-Nie mam chyba wyboru... - Odrzekł Carlos zwieszając ręce. Nieznajomy gwizdnął i pojawiło się coś bardzo, ale to bardzo dziwnego. Fernandez znał to zwierze - był to koń. Jego synek zawsze bardzo się nimi ekscytował w ogrodach zoologicznych. Ale ten koń był zupełnie inny. Był... mechaniczny!
-Co to jest?
-Konia na oczy nie widziałeś nieznajomy?
-Widziałem, ale to nie jest koń.
-To jego mechaniczny odpowiednik. Postanowiliśmy, że poza granicami naszego miasta natura będzie się w spokoju rozwijać. Po co mamy obciążać biedne zwierzęta, naszymi pancerzami, skoro robot udźwignie nas bez kłopotu, a w razie czego można go naprawić? - Pogląd ten nawet spodobał się Carlosowi. Z zaciekawieniem zbliżył się do mechanicznego rumaka i oglądał każdy jego szczegół. Była to bardzo zaawansowana konstrukcja. Miała bardzo szeroki zakres ruchów, a to pozwalało mu niemal idealnie imitować żywe zwierze. Po chwili minął go tajemniczy rycerz i wskoczył na wierzchowca.
-Wskakuj, za mnie. - Powiedział bardzo przyjaznym głosem. Odrobinę nieśmiało Carlos podszedł do mechanicznego zwierza i z problemami wdrapał się na niego. Gdy tylko rycerz ruszył, Carlos zorientował się, że przez całą drogę będzie mu przeszkadzało włosie znajdujące się na jego hełmie.
-Mógłbym chociaż wiedzieć jak się nazywasz? - Przerwał odrobinę niepewnie ciszę Carlos.
-Arcturus van Hibron. A ty przybyszu?
-Carlos Fernandes Rosa.
-Niespotykane u nas imię... - Wojownik przez chwilę się zadumał. - A więc powiedz mi Carlosie... o ile mogę tak do ciebie mówić? - Rycerz odwrócił głowę w kierunku Fernandeza, a ten skinął głową. - A więc Carlosie... jak wygląda wasz świat?
-W skrócie mogę ci powiedzieć, że jest to jedno wielkie miasto. Urbanizacja terenów niezamieszkałych zaszła tak daleko, że na powierzchni brakło miejsca dla przyrody. Zwierzęta żyją w zamkniętych rezerwatach, a rośliny są sztucznie hodowane w ogromnych i sterylnych salach.
-Wy tam jesteście strasznie dziwni. - Powiedział rycerz kiwając głową. - Przyroda to coś pięknego, ale też przydatnego. Weź głębszy oddech.
-Co?
-Mówię ci weź głębszy oddech, to nigdy nie będziesz chciał się rozstać z tym powietrzem. - Carlos pociągnął nosem... i faktycznie poczuł różnice. To powietrze wydawało się lżejsze, bardziej przyjazne dla jego płuc niż to z zatłoczonych i zakorkowanych ulic Monachium.
-Czuję różnice... - Jednak nie dokończył zapatrując się w rzekę parę metrów od nich. Kawałek od niej jakieś zwierzęta ścinały drzewa, zaciągając je potem do wody i stawiając coś w rodzaju zapory. Wydawały mu się dość dziwne. Co to za zwierze, które żywi się drewnem? I te płaskie stopy i ogromne łuskowate ogony. Cóż to mogło być.
-Czemu zamilkłeś Carlosie? - Zapytał wyraźnie żądny dalszych wieści o jego świecie Arcturus.
-Oglądam przyrodę... - Arcturus spojrzał w kierunku rzeki.
-Nie wiesz co to? Te zwierzęta nazywamy bobrami. Ich futra są świetne zarówno na ubrania jak i obicia. Ale rzadko na nie polujemy. Czasami podczas susz pomagają na polach stawiając te swoje tamy, a woda z rzek, która nie ma się gdzie podziać nawilża suche pola. Oczywiście czasami działa to przeciwko nam... Ale chciałbym dowiedzieć się jeszcze co nieco o waszym świecie. Wydaję się dość oryginalnym miejscem. Mógłbyś mi jeszcze coś o nim powiedzieć?
-Wspomniałem ci już, że przyroda u nas nie istnieje... my jako naukowcy mamy dość wysokie miejsce w hierarchii gdyż wynajdywaliśmy urządzenia, które zastępują funkcje roślin i reszty ekosystemu. Dzięki nam urbanizacja zaszła tak daleko i trzyma się dobrze. Oczywiście nasz świat ma wiele innych wad. Największą z nich jest przestępczość. Służby bezpieczeństwa nie przejmują się tak bardzo ulicami miasta. Wolą sterczeć pod domami ważnych osobistości i na lewo pobierać od nich za to dodatkowe pieniądze. W dzielnicach biedy śmiertelność jest naprawdę wysoka. Ale jak to wygląda u was? Skoro już spędzę tutaj kawał czasu przydałoby mi się trochę informacji.
-Sam widzisz jak wygląda u nas sprawa z przyrodą. Poza naszymi miastami dajemy się jej swobodnie rozwijać, a ludzie posiadający ogromne farmy są tutaj ludźmi niezwykle zamożnymi. To z farm pozyskujemy zarówno warzywa jak i mięso, więc mają one dla nas ogromne znaczenie.
-A miasta? Jak wyglądają?
-Za chwilę sam zobaczysz Carlosie. - Gdy tylko wyjechali z lasu Carlos uzyskał odpowiedź. A to co zobaczył niezmiernie go zdziwiło. Las znajdował się na wzniesieniu dzięki czemu mógł on swobodnie obejrzeć panoramę tych przedziwnych aglomeracji. W samym centrum miasta znajdował się potężny zamek zbudowany z jakiegoś metalu. Fernandez nie mógł ocenić tego z tej odległości. Ale sam zamek był przy okazji najjaśniejszym punktem miasta. Był oświetlony za pomocą ogromnej ilości źródeł światła. To co otaczało sam zamek wyglądało niczym wielkie osiedle większych i mniejszych domków jednorodzinnych, które były osłaniane mierzącym parę metrów murem. Z każdym krokiem mechanicznego konia, na którym się znajdował mógł dostrzec nowe szczegóły. Widział już latarnie bijące podobnym turkusowym światłem do tego na pancerzu Arcturusa. Dopóki nie zjechali na równinę i mur nie zasłonił mu miasta dostrzegł jeszcze mrowie ludzi krążących po ulicach. Teraz jedyne co widział to stożkowato zakończone wieże zamku.
-To miasto wygląda intrygująco...
-Co przez to rozumiesz?
-Z czego są budowle i mury?
-Jest to odpowiednio przerabiana stal. Nasz świat bogaty jest w złoża rudy, a ziemia Vallen jest wyjątkowa bogata w ten surowiec. Wprawdzie na początku musieliśmy się liczyć z tym, że niejeden władca sąsiednich królestw chciał położył na nich swoją rękę. Jednak dzięki skutecznej polityce wojennej i dyplomatycznej urośliśmy w siłę i tylko kretyn by się nam przeciwstawił.
-Mam więc rozumieć, że dzięki rudzie zarabiacie równie wiele na handlu?
-Bystry jesteś mój drogi. - Rzekł wyraźnie ucieszony Arcturus. - W mojej świcie brakuje osób o umysłach światłych do rozmowy. Chociaż w zamku stolicy nie brakuje wielkich uczonych. - Zdążyli zbliżyć się do bramy. W praktyce już pod nią podjeżdżali. Tuż otwartymi dla przyjezdnych wrotach zatrzymał ich strażnik.
-Acturusie, jeśli dobrze pamiętam opuszczałeś miasto samotnie. Kim jest twój towarzysz?
-Ach Harliku. Jest to osoba niezwykle interesująca. Ale pozwól, że udam się już dalej... król czeka.
-Oczywiście. Nie chcę dostać od niego bury za hamowanie ciebie...
-O to się nie martw przyjacielu. - Strażnik jedynie cicho zarechotał i pokiwał twierdząco głową, po czym przyjrzał się Carlosowi gdy koń Arcturusa mijał już bramę.
-Widziałeś tego faceta Katonie? - Rzekł do swojego towarzysza przy bramie gdy tylko Arctuurus wraz z Carlosem zniknęli w tłumie.
-Jasne... czegoś takiego nie widuje się codziennie.
-Kimkolwiek on był nie podoba mi się. Widziałeś jego ubranie?
-Tak, ale widać było, iż zaskarbił sobie sympatie Arcturusa.
-Mam nadzieje, że nie będzie tego żałować. - Po tych słowach Harlik ponownie stanął wyprostowany i wpatrywał się w polany rozciągające się przed miastem.

-Trochę nieswojo się czuje... - Powiedział po jakimś czasie jazdy przez miasto. Nic dziwnego. Z swoim garniturem i fartuchem Monachium Laboratories wyróżniał się pośród opancerzonych strażników i trochę fikuśnie ubranych mieszkańców miasta, którzy gdy tylko go zauważyli obserwowali z zaciekawieniem.
-Niedługo dojedziemy do zamku. Tam zaznasz odrobiny spokoju.
-Po co jedziemy do zamku?
-Nie znasz tego świata. Będziesz potrzebował kogoś kto cię w niego wprowadzi. Przedstawię cię królowi jako nowego członka mojej świty. - Carlos chociaż nie traktował poważnie istnienia króla wzdrygnął się na myśl stanięcia przed nim osobiście. Czytał sporo o średniowieczu i wiedział, że jeśli wykona chociaż jeden zły gest, albo powie o słowo za dużo może go to dużo kosztować. Miał jednak głęboką nadzieje, że ten świat jest naprawdę inny od znanego im średniowiecza. Gdy zbliżyli się do zamku Carlos ujrzał więcej szczegółów w jego murach. Znajdowali się w nich wiele zasłoniętych małych okienek, które prawdopodobnie służyły jako pozycje strzeleckie. Jednak jego uwagę przykuła ogromna brama, która odgradzała ich od dziedzińca.
-Arcturus van Hibron, kod dwa, dwa, osiem, pięć, dziewięć.
-Witamy panie. - Oznajmił strażnik i skierował się do małego interkomu. - Otworzyć bramę. - Zaraz po tych słowach ogromne wrota zaczęły się otwierać za pomocą wbudowanych mechanizmów. Jednak ten świat miał coś wspólnego z tamtym. I tutaj najbardziej ceniono sobie wygodę użytkowania... Sam dziedziniec nie zadziwił Carlosa. Przez ten krótki czas przywykł już do architektury miasta. Niezwykle jednak spodobały mu się balkony. Bogate wzory i zdobienia robiły wrażenie i zapewne dodawały majestatu samemu królowi kiedy na nich stał.
-Zejdź z konia. - Przerwał milczenie rycerz. - Muszę zaprowadzić go do stajni poczekaj. - Arcturus zszedł z konia zaraz po Carlosie, a ten przestraszył się wizji spędzenia na dziedzińcu samotnie nawet dwóch minut. Uczucie to spotęgowało może to, iż towarzysz zostawił go w samym jego centrum... Na jego szczęście był wieczór i dworzanie mieli lepsze zajęcia niż kręcenie się po dziedzińcu. Drogie potrawy same się nie spożyją, a i bogate bale byłyby jedynie miastowymi imprezkami bez obecności szlachty z zamku. Jedynie co chwila mijał go jakiś strażnik, ale ten mając swoje własne zadania nie interesował dygającym człowiekiem. Po paru minutach do Carlosa dołączył Arcturus.
-Były jakieś problemy? - Zapytał.
-Nie... ale następnym razem pójdę z tobą.
-Musisz się uczyć radzenia sobie samemu. Nie myślisz chyba, że będę twoją niańką?
-Ani trochę, ale wiesz początki bywają trudne. - Z strony swojego rozmówcy usłyszał cichy rechot.
-Carlosie. - Rzekł zdejmując hełm. - Nie jestem piękną dziewoją żebyś musiał się przy mnie tak stresować. - Chociaż niejedna dziewoja zapewne zestresowałaby się w obecności Arcturusa. Miał długie, zadbane blond włosy i bardzo ostro zarysowaną twarz. Nie jeden rzeźbiarz z roku 2067 dałby się torturować w zamian za takiego modela do rzeźb. - Chodźmy do mojej komnaty. Musisz jakoś wyglądać przed spotkaniem z królem. - Arcturus mimo obciążenia w postaci pancerza szybko wskoczył po schodach na rozgałęzienie korytarzy. Korytarze wyróżniały się od tego co do tej pory zobaczył. Pierwszą i najważniejszą różnicą było to, iż ściany były z... kamienia. Podłogę zakrywały grube dywany, a co rusz zauważyć się dało jakieś popiersie, obraz czy gobelin. Wszystko było oświetlone przez cienkie lampy, spoczywające przy spojeniu ściany z sufitem.
-Możesz mi wytłumaczyć, czemu korytarze nie są tak jak reszta waszych konstrukcji z stali?
-Wiesz jak to nieznośnie by brzmiało? Straż chodząca w pancerzu po takim korytarzu mogłaby doprowadzić do zwariowania. - Nagle stanął i otworzył mocarne drewniane drzwi. Za nimi znajdowała się okrągła komnata, cała wymalowana na biało i stołem na środku. Pod ścianami widział krzesła, szafki z kieliszkami oraz trunkami. To zapewne był rodzaj pokoju gościnnego...
-Och, nareszcie wróciłeś. - Dobiegł obu kobiecy głos. Była to dama niezwykłej urody, acz ubrana tak dziwacznie, iż Carlos byłby w stanie ogłosić inwazje kosmitów i zamknąć się w bunkrze. Suknia była niezwykle szeroka od pasa w dół, a talia niezwykle cienka oraz ten dekolt podkreślający piersi. Dolna część sukni wyglądała niczym rozłożony parasol tylko trochę dłuższy, gdyż suknia kończyła się parę milimetrów od ziemi. - Kimże jest nasz gość? - Powiedziała rzucając na Carlosa spojrzenie, swoimi szmaragdowymi oczyma i odgarniając kosmyk kasztanowych włosów. Trzeba było przyznać, że to spojrzenie niezwykle go zelektryzowało.
-Saro poznaj Carlosa, niedawno się poznaliśmy, ale jest niezwykle interesującym człowiekiem.
-Sara van Hibron. - Powiedziała podniośle wystawiając przed siebie dłoń. Carlos stał skamieniały patrząc się a to w ścianę, a to na Arcturusa, który wytrzeszczył na niego oczy i wykonywał ustami ruch jakby dawał czemuś całusa. Naukowiec w końcu załapał. Chwycił dłoń Sary i delikatnie ją pocałował. Ta z lekkim uśmieszkiem cofnęła rękę i objęła nią Arcturusa. - Przyprowadziłeś naszego gościa w jakimś konkretnym celu?
-Tak, zaraz udamy się do króla. Będzie on nowym członkiem mojej świty. - Na te wiadomość mina wybranki Arcturusa zrzedła. Kaszlnęła wymownie po czym powiedziała.
-Mógłbyś na chwilę na stronę?
-Oczywiście. - Para zamknęła się za jednymi z drzwiami zostawiając Carlosa samego.

-O co chodzi Saro?
-Myślisz, że przyjęcie go na szlachcica jest dobrym pomysłem?
-Wiem co ci chodzi po głowie i lepiej nie zaczynaj.
-On nawet nie zna dobrze kultury dworskiej.
-Ty też nie znałaś, ale on tak jak i ty się tego nauczy.
-On ma cię prezentować.
-Ty też mnie prezentowałaś jako żona, więc nie radzę ci zaczynać.
-Myślę, że Drak...
-Koniec! Milcz! Już dużą część twojej rodziny uczyniłem moją świtą. Załatwiłem im tytuły szlacheckie i co z tego mam? Nic! Bo oni nie nadają się do polityki. Twój ojciec do tylko grubiański właściciel ziemski i bycie jego córką nie upoważnia cię do rozkazywania ludziom króla. Twój przygłupi braciszek nie zostanie kolejnym darmozjadem! I tak twoja rodzina się wzbogaciła na mnie. Więc koniec z tym! Potrzebuje polityków z krwi i kości, a nie zbędnego balastu.
-Jak śmiesz! - Krzyknęła oburzona.
-Jako twój mąż rozkazuje ci skończyć ten temat!
-Nie masz nade mną takiej władzy! - Wrzasnęła i wyszła jak najszybciej z pokoju. Wychodząc z komnaty przystanęła tylko na chwilę przy Carlosie, zmierzyła go gniewnym spojrzeniem i burknęła coś na kształt "Miło było pana poznać". Chociaż bardziej brzmiało to na "Mam nadzieje, że cie już nie zobaczę". Zachowanie Sary wzbudziło pewne obawy u Carlosa. Po paru minutach z pokoju wyszedł Arcturus niosąc jakiś biało czerwony materiał.
-Co się stało?
-Typowa małżeńska kłótnia. Przejdzie jej nie martw się. Przyniosłem ci ubranie. - Rzekł rozkładając jego górną część. Było to ubranie... niezwykłe. Całe było białe, a światło odbijało się od niego jakby całe było z tkaniny jedwabnej o atłasowych splotach. Miało niezwykle duży kołnierz, a rozcięcie sięgało aż do połowy klatki piersiowej. ?eby nie paradować z gołą klatą uzyskano efekt jakoby było to zszyte z jakimś podkoszulkiem i całą dziurę zapełniał tak samo błyszczący czerwony materiał. Spodnie były również komiczne. Były lekko rozdmuchane u góry niczym te na zdjęciach oficerów III rzeszy w książkach historycznych. Do wszystkiego doszły wysokie czerwone buty. Carlos był niezwykle zdumiony, że coś takiego na siebie ubrał. Chociaż trzeba przyznać, że ubranie było całkiem wygodne.
-Dobra jeszcze ostatni element. - Arcturus dał mu pas z przypiętą doń szablą o złotej rękojeści. Gdy tylko pas znalazł się na talii Carlosa obydwoje ruszyli.

Król Bastian II spoczywał na swoim tronie. Jako władca najbogatszego królestwa przyjmował gości dość często. Czekał na przybycie Arcturusa o którym został poinformowany pół godziny temu. Niecierpliwie gładził się po długiej siwej brodzie, oczekując aż drzwi w końcu się otworzą. Zawsze kiedy siedział sam w komnacie rozmyślał nad swoim następcą. Nie miał dzieci więc dziedzictwo rodzinne było niemożliwe. Tym razem nie miał on jednak czasu do namysłu gdyż przybył w końcu Arcturus wraz z jakimś nieznanym królowi towarzyszem.
-Arcturusie kto to jest? Nie wygląda na kogoś z rodziny Sary... na szczęście. - Gdy wraz z Carlosem byli wystarczająco blisko króla przystanęli, a Arcturus zaczął mówić.
-Panie to jest Carlos Fernandez Rosa. Będzie nowym członkiem mojej świty.
-Niespotykane imię. - Powiedział król wstając z tronu i schodząc po trzech schodkach do gości. - Skąd jesteś?
-Eee... Panie moglibyśmy porozmawiać przez chwile kawałek dalej?
-Ależ oczywiście chodź. - Bastian II zaprowadził rycerza pod okno. Nie musiał nic mówić. Jego spojrzenie samo pytało o sytuacje.
-Więc... Carlos jest z innego świata...
-Jak to możliwe?
-Z tego co od niego usłyszałem pochodzi z świata równie rozwiniętego technologicznie co nasz. Tworzyli oni maszynę czasu i jakaś awaria w trakcie testu sprowadziła go tutaj.
-Hm... to niezwykle interesujące. Ale nie jest dla nas zagrożeniem?
-Skądże wydaje mi się poczciwym człowiekiem. Poza tym jest strasznie bojaźliwy.
-Nic dziwnego mój drogi. W końcu nawet dobrze nie wie gdzie trafił.
-Pozwolisz więc panie, że tym ogłoszeniem zakończę naszą wizytę?
-Oczywiście. Zapoznaj nowego dworzanina z naszym światem i obyczajami. Spodoba mu się tutaj. - Król wraz z Arcturusem wrócili do Carlosa. Bastian, położył rękę na jego ramieniu i przyjacielsko się doń uśmiechnął. Arcturus gestem zawiadomił go, że wychodzą...

Tymczasem na farmę główną rodziny von Walls przybyła karoca z zamku króla otoczona kilkoma rycerzami. Woźnica zeskoczył szybko z siedzenia i otworzył drzwi. Z wnętrza wyłoniła się kobieca sylwetka, której twarz zasłaniał cień rzucany przez parasol. Wraz z dwoma rycerzami niezatrzymywana, wkroczyła do domu, gdzie przesiadywał Lord von Walls. Ten na widok kobiety niezmiernie się ucieszył.
-Ach Saro witaj. Długo cię nie było na naszej farmie. Coś się stało?
-Chodzi o Arcturusa...

Carlos oparł się o ogromne łukowate okno na którym pojawiały się kolejne krople deszczu. Spoglądał raz to w niebo raz na dziedziniec. Zdawało się, iż na obu wypatruje czegokolwiek co pomogłoby mu wrócić do swojego świata. Zastanawiał się co się dzieje teraz z jego żoną i dzieckiem. Kate zapewne została już poinformowana o jego zniknięciu... jeśli ktoś się zorientował. Zaczęło go to niesamowicie męczyć - czy ktoś wie, że zniknął? Kiedy się zorientują? I czy stąd jest jakiekolwiek wyjście? Uniesiony złością uderzył pięścią blat stolika stojącego tuż przy nim. Zachowanie to zwróciło uwagę Arcturusa, który odłożył pióro i podszedł do Carlosa.
-Musisz się pogodzić z tym, że tu trafiłeś. Za jakiś czas skonsultujemy się z gildią technologów czy istnieje jakakolwiek szansa by odesłać cię z powrotem do twego świata.
-Na tamtym świecie zostawiłem żonę i syna...
-Rozumiem twoje obawy Carlosie jednak musisz zachować spokój. Możliwe, że technolodzy znajdą sposób na odwrócenie tego co się stało. To są naprawdę genialni ludzie, tak samo jak ty... - Carlos chciał odpowiedzieć, jednak podskoczył słysząc stłumiony odgłos strzału.
-Co to było do cholery? - Wrzasnął.
-Spokojnie... już ja wiem kto to... schowaj się tam. - Arcturus wskazał mu uchylone drzwi. W momencie kiedy Carlos znikał za drzwiami, te które wychodziły na korytarz zadrżały od potężnego uderzenia. Po chwili osoba na zewnątrz ponownie je zaatakowała. Tym razem było już słychać odgłos pękającego drewna, a wraz z trzecim uderzeniem poddały się, pękając i wpuszczając do środka potężnie zbudowanego mężczyznę okutego paroma płytami pancerza na najważniejszych partiach ciała. Bez namysłu wycelował w kierunku Arcturusa jakąś dziwną broń. Budową przypominał ona siedemnastowieczny pistolet jednak w przeciwieństwie do tamtej broni ta była cała z żelaza i posiadała lufę dłuższą o trzy-cztery centymetry. Zaraz za pierwszym osobnikiem wkroczyło dwóch kolejnych, uzbrojonych w ten sam pistolet. W końcu Arcturus zobaczył to czego się spodziewał. Do pomieszczenia dumnym krokiem wkroczył Lord von Walls, ubrany jak na własne wesele. Kiedy zobaczył Arcturusa na jego ustach pojawił się szyderczy uśmieszek.
-Mój drogi może od razu wyskocz przez okno za tobą? Ułatwisz nam życie. - Zachichotał po czym kontynuował. - Wiesz chyba kim jest Drak?
-Twoim synem von Walls.
-Właśnie moim synem... a ty stwierdziłeś, iż jest głupcem... i to w obecności jego siostry. Nie ładnie, naprawdę nie ładnie. Ale może zatrzesz złe wrażenie i uczynisz go...
-Nie ma mowy. Jeśli twoja córka nie była w stanie mnie przekonać myślisz, że ty to zrobisz? Nie bądź śmieszny. - von Walls pogładził dłonią po głowię przylizując przy tym rzadkie siwe włosy.
-Jest jeszcze jedno wyjście Arcturusie. Jestem człowiekiem miłościwym i nie lubię stosować zbędnej przemocy. Myślę, że jeśli wypiszesz mi dokument upoważniający mnie do wybrania czterech tysięcy złotych monet z skarbca, zapomnimy o całej sprawie. - Arcturus stał chwilę w milczeniu skupiając swój wzrok na von Wallsie. Wiedział, że nie może wydać mu takiego dokumentu, ale z drugiej strony... miał jakiś wybór? Cztery tysiące monet to nie duża cena za życie. Wtedy przypomniał sobie o Carlosie chowającym się za drzwiami. Zerknął w tamtym kierunku i ujrzał w panujących tam ciemnościach niewyraźny zarys jego sylwetki.
-Dobrze... na to mogę się zgodzić. - Na twarzy lorda znów pojawił się ten sam co na początku szyderczy uśmieszek. Z głębokiej kieszeni wyciągnął kilka kartek papieru oraz złote wieczne pióro .
-Niesamowicie cieszy mnie to, iż doszliśmy do porozumienia mój drogi. Zaprawdę jesteś jednak człowiekiem inteligentnym... dobrze, że życie cenisz sobie wyżej od bezsensownych postanowień. - Gdy skończył mówić położył oba przedmioty na stoliku i gestem pokazał Arcturusowi, że może pisać... Z radością przyglądał się piszącemu zięciowi, myśląc co zrobi z tą górą pieniędzy. Wtedy Arcturus zgniótł kartkę i wściekły odrzucił ją w kierunku Carlosa, dla niepoznaki mówiąc pod nosem, że się pomylił. Karta parę razy podskoczyła na marmurowej posadce dotaczając się do Carlosa na wyciągnięcie ręki. Szybkim ruchem zgarnął papierową kulkę i rozwinął ją. "Pod blatem biurka przed tobą jest przycisk, który wezwie straże"... Zerknął w kierunku wspominanego biurka.Znajdowało się ono jakieś półtora metra od niego. Nie mając wyboru położył się na brzuchu i zaczął się podczołgiwać ku niemu. Cały drżał na myśl, że któryś z ludzi von Wallsa może się zorientować o jego obecności i szybko to przeoczenie naprawić. By było jeszcze gorzej niedawno myty marmur był na tyle śliski by gładkie rękawy koszuli miały na nim problemy z przyczepnością. Gdy podczołgał się do biurka co - jak mu się wydawało - trwało wieczność, przycisk od razu rzucił mu się w oczy. Nieduży, żółty przełącznik znajdował się na samym krańcu, więc Carlos przycisnął go nim na dobre doczołgał się do mebla. Dalszą sytuację obserwował spod biurka. Arcturus właśnie wręczał sporządzony dokument von Wallsowi, gdy głowę jednego z jego ochroniarzy przeszyła kula z broni ochroniarza. Krew trysła tuż przed twarzą Carlosa. Przeraził się tak, że zamknął oczy. Usłyszał parę przekleństw kilka strzałów, po czym nagle nastała wręcz grobowa cisza... przerwana po chwili kobiecym głosem krzyczącym "tato!".

Pierwszą rzeczą jaką Carlos zobaczył po otwarciu oczu był pochylający się ku niemu, opancerzony ochroniarz.
-Może pan już wyjść spod tego biurka. Sytuacja opanowana. - Strażnik wstał i odszedł, przytwierdzając do opancerzonych pleców strzelbę, wyglądającą niemal jak amerykański Winchester. Wychodząc spod biurka dostrzegł, ubranych na biało sanitariuszy chowających ciało von Wallsa do foliowego worka i klęczącą nieopodal Sarę. Łzy zostawiały na jej skórze czarne ślady co było spowodowane mocnym makijażem. Gdy pokój opuścili wszyscy strażnicy i sanitariusze, Arcturus podbiegł do Sary, podniósł ja trzymając za szyję i mierzył gniewnym wzrokiem.
-Czemu? - Wycedził przez zaciśnięte zęby, zacieśniając uścisk na jej szyi. Sara chciała coś powiedzieć, jednak uścisk Arcturusa był tak silny, że nie potrafiła nabrać powietrza. Arcturus stał niewzruszony słuchając syków i stęknięć wydawanych przez żonę próbującą nabrać powietrza do płuc. Z czasem dźwięki wydawane przez nią stały się rzadsze i cichsze, a oczy zaszły mgłą. Wtedy poczuła jak uścisk stalowej rękawicy słabnie by w końcu zniknąć. Padła na ziemie, łapczywie nabierając powietrze. Po kilku sekundach mgła z oczu zaczęła ustępować i mogła zobaczyć Carlosa kłócącego się z Arcturusem.
-Co ci strzeliło do głowy Carlosie? To moja sprawa.
-Powinieneś jej wysłuchać.
-Przecież jej ociec chciał mnie zabić! Zgadnij na czyje życzenie?
-Arcturusie... - Powiedziała półszeptem. - Ja nie chciałam by to wszystko tak się potoczyło. - Jej mąż chciał coś powiedzieć, jednak Carlos gestem dał mu znać by pozwolił jej kontynuować. Sara wykonała jeszcze parę głębszym wdechów po czym mówiła dalej - Chciałam, żeby ojciec z tobą porozmawiał. Ale tylko porozmawiał... i to nie na temat Draka, ale tego byś łagodniej mnie traktował. Ale on wpadł w szał gdy usłyszał o Draku...
-Co masz na myśli mówiąc "łagodniej traktował"?
-Traktujesz mnie jak służebnicę, która ma wykonać każdy twój rozkaz, a przy twym boku staję tylko w charakterze ozdoby. - Rozpłakała się i skryła twarz w sukni jakby spodziewała się kary za wypowiedziane słowa. Zamiast tego usłyszała pośpiesznie stawiane kroki i odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Gdy uniosła głowę ukazał się jej kucający przy niej Carlos. - Dziękuje. - Powiedziała odruchowo, wiedząc, że to dzięki niemu potężna dłoń Arcturusa nie zadusiła jej na śmierć. Carlos jedynie lekko się uśmiechnął.
-Powinnaś do niego iść.
-Kiedy on może mi zrobić coś jeszcze gorszego...
-Nie martw się. - Powiedział kładąc dłoń na jej ramieniu. - Zrozumiał, że zachował się wobec ciebie źle. Idź i wybaczcie sobie swoje błędy.. - Chwycił ją za dłonie i pomógł wstać. Niepewnym krokiem zbliżała się ku drzwiom za którymi skrył się Arcturus. Chociaż jej kroki były powolne stukot jaki wydobywał się z każdym krokiem spod jej obcasów, brzmiał w tej grobowej ciszy niczym uderzenia gromu. Przy drzwiach przystanęła na chwile kładąc dłoń na klamce. Nabrała powietrza i pchnęła je do przodu, wskakując do środka i niemal natychmiast zatrzaskując je za sobą. W mętnym świetle lampki nocnej widziała Arcturusa siedzącego na łóżku. Usiadła tuż obok niego, a on zachowywał się jakby w ogóle tego nie dostrzegł. Wlepiała swoje spojrzenie w męża jednak mu było to obojętne. Powoli wyciągając ku niemu rękę uścisnęła jego dłoń. Wtedy w końcu odwrócił spojrzenie w jej kierunku.
-Kochanie... - Powiedziała z trudem powstrzymując się od płaczu. - Przepraszam... ja naprawdę nie chciałam. Popełniłam błąd, ale proszę cię... wybacz. - Arcturus w odpowiedzi delikatnie ją objął i pocałował w policzek. Sara bez zastanowienia odwzajemniła uścisk po czym zastygli w tejże pozycji.

Carlos leżał na kanapie rozmyślając też co się dzieje za drzwiami gdzie znajdowała się Sara i Arcturus. Minęło już pół godziny odkąd zniknęła za drzwiami. Czy Arcturus dokończył to co sam mu przerwał? Czy jednak namiętnie sobie... wybaczają. Kiedy przysypiał na kanapie, przez zniszczone drzwi przeszedł wystawnie ubrany mężczyzna.
-Przepraszam za najście, ale czy zastałem może Arcturusa van Hibrona?
-Niestety, nie. - Skłamał zrywając się na równe nogi. Po co miał im teraz przeszkadzać? - Ale jestem jednym z członków jego świty.
-Dobrze. Proszę więc przekazać, że w związku z dzisiejszymi wydarzeniami król Bastian zaprasza Arcturusa van Hibrona i trzy dowolnie wybrane przez niego osoby na poranne polowanie w towarzystwie króla.
-Dobrze. Gdy tylko się pojawi przekażę mu te informacje. - Gdy posłaniec opuścił pomieszczenie, Carlos natychmiast skierował się do pokoju gdzie przebywał Arcturus. Gdy jednak uchylił drzwi ujrzał Arcturusa i Sarę śpiących w objęciach. Zamknął drzwi i wybiegł na korytarz, wołając za posłańcem, który nie zdążył się zbytnio oddalić.
-Można u was zamówić budzenie? - Powiedział lekko rozbawiony własnym pytaniem Carlos.

W stajni unosiła się - zważając na porę - niesamowita wrzawa. Stajenni wraz z pomocnikami przygotowywali konie na przybycie króla i jego towarzyszy. Rumaki były wyposażane w najlepszej jakości kulbaki, które były podkładanie co lepszymi tkaninami by zbytnio nie uwierały zwierząt. Szczególnie wygodny musiał być wierzchowiec na którym miała siedzieć Sara. Ani jej mąż ani król nie znieśliby tego, że kobieta byłaby zmuszona do jazdy na męsko przygotowanym koniu. Stąd też siodło było okryte paroma cienkimi płachtami jedwabiu. Pracę właśnie dochodziły końca gdy w stajni pojawił się król wraz zresztą. Panowie byli ubrani w typowe dla zamkowej szlachty stroję myśliwskie. Białe spodnie schowane w wysokich skórzanych butach kontrastowały z jaskrawoczerwonymi kurtkami i czarnymi okryciami głowy. Z towarzystwa zdecydowanie wybijała się Sara, która poza podobnymi butami odziała się w jasnobrązowe, podkreślające jej kształtne pośladki, spodnie i kremowy płaszcz spod, którego wystawała niedopięta biała koszula. Strój ten zdecydowanie działał na Travara - młodego zbrojmistrza, którego poza Carlosem i Sarą zaprosił Arcturus.
-Jak nasze konie Khaledzie? - Zagadnął ku stajennemu, król.
-Właśnie kończymy przygotowania, panie. - Odrzekł z pokorą. - Pani... - Rzekł zwracając się ku Sarze. - Pani koń jest już gotowy. - Powiedział, gestem wskazując na śnieżnobiałego nieparzystokopytnego.
-Dziękuje Khaledzie, naprawdę doskonale się spisałaś. - Po tych słowach skierowała się ku wskazanemu przez Khaleda zwierzęciu, po drodze wiążąc włosy i przykrywając je czarnym kapeluszem. W tym samym czasie stajenny zabrał pozostałych w inną część stajni gdzie przygotowania dobiegły już końca i rumaki miały być właśnie wyprowadzane przez asystentów stajennych. Pracowników wyręczył Arcturus i Travar, którzy mieli do zwierząt najlepsze podejście, a przy okazji największe w obcowaniu z nimi doświadczenie. Gdy dotarli już z powrotem do Sary, wszyscy zręcznie wskoczyli na swe rumaki. Nawet Carlos zrobił to dość płynnie, chociaż brakowało mu doświadczenia w obcowaniu z tymi zwierzętami. Liczył, że uda mu się to ukryć lecz plan legł w gruzach w chwili gdy koń zbuntował się i stanął na tylnych kończynach zrzucając Carlosa z siebie. Gdy tylko podniósł głowę spotkał się z paroma ogłupiałymi czy też rozbawionymi spojrzeniami.
-Było powiedzieć, że nie znasz się na jeździectwie. - Odezwał się Bastian II. - Nasze wspólne polowanie moi drodzy chyba będzie musiało zaczekać. Najpierw będzie trzeba nauczyć Carlosa jak obchodzić się z końmi by nam nie ciążył.
-Nie, nie. Nie trzeba naprawdę po prostu jedźcie beze mnie.
-Byłoby to trochę niemiłe z naszej strony gdybyśmy tak uczynili, nie sądzisz? - Odpowiedział król.
-Naprawdę nie ma problemu. Ja nawet dobry w strzelectwie nie jestem. Może kiedy indziej... jak już trochę mnie podszkolicie. Może wtedy się z wami wybiorę.
-Jesteś pewny? - Zapytał Arcturus.
-Absolutnie. Bawcie się dobrze. - Pozostała czwórka obrzuciła się nawzajem pytającym spojrzeniem. Po chwili grobowej wręcz ciszy król dał znak do wyjazdu. Carlos siedząc tam gdzie siedział obserwował oddalających się czterech jeźdźców i wóz na martwą dziczyznę.

-Nasz przyjaciel chyba jeszcze długo będzie się oswajał z naszym światem. - Przerwał cisze Bastian.
-Najwidoczniej, panie...
-Musicie go nauczyć paru rzeczy. Strzelectwa na samym początku. Nie poradzi sobie jeżeli nie będzie potrafił oddać strzału choćby z najprostszego pistoletu. - Mówiąc to jakby odruchowo poklepał się po kaburze przypominającego pierwsze modele Colta 44 pistoletu. Nie ta broń jednak miała grać tutaj główną role, a wcześniej poznane nam już strzelby. Przyczepiona do skórzanych pasków przełożonych przez ramie była zawsze prosta do pochwycenia gdy tylko zachodziła taka potrzeba. W głębi lasu Arcturus w jednej ręce trzymał strzelbę zaś drugą za pomocą lejcy kontrolował powolny chód konia. Jechali blisko siebie wypatrując jakichkolwiek oznak życia dookoła siebie. Dopóki trzymali się ścieżek nie mieli co liczyć na większą zwierzynę. Wypatrywali raczej jakiś niegroźnych, a smacznych zwierząt jak jelenie czy sarny. Czas na odrobinkę adrenaliny jeszcze będzie. Nagle wśród rzadkich drzew dostrzegli przebiegające dwie sarny. Arcturus strzelił trafiając jedną z nich, lecz huk strzelby spłoszył drugą. Za nią galopem pognał Travar. Po około pięciuset metrach zatrzymał konia, przymierzył i wystrzelił dwa razy. Tryumfalnie uniesiony kciuk dawał nam odpowiedź na temat jego celności. Zszedł z konia i przywlókł ciało do wozu na, który Arcturus pakował już pierwszą sarnę. Po drodze w głąb lasu upolowali jeszcze sarnę i dwa niezwykle dorodne jelenie. W końcu Bastian uniósł rękę do góry dając znak do zatrzymania się.
-Dalej las gęstnieje. Zostawmy tutaj wóz i konie. Woźnice niech go pilnują. - Wszyscy posłusznie zsiedli z koni i z bronią w rękach zboczyli z ścieżki wkraczając w gąszcz drzew. Arcturus szedł przodem osłaniany przez Sare i otaczających ją Bastiana i Travara. Suche gałęzie skryte pod płaszczem liści i traw strzelały pod ich butami. Trzaski były tak donośne, że można by pomyśleć, że kuszą nimi większą zwierzynę. Arcturusowi, który raczej nie przejmował się swym zdrowiem zależało na tym by spotkać stwora zwanego popularnie "Łamaczem Drzew". Bestia ta została ochrzczona tą nazwą dzięki mitowi, który głosi, że dzięki swej sile i szybkości potrafi obalić drzewo na ziemie. Na razie jednak nie spotkali oni choćby niedźwiedzia czy dziko podobnego Rogacza, który budzi postrach rogiem wystającym z czubka jego głowy. Weń niedaleko ich zabrzmiał szelest. Każde z nich zwróciło się ku innej stronie i powoli stawiając kolejne kroki rozglądali się za ewentualnym zagrożeniem. Nagle niczym materializujący się duch w polu widzenia Bastiana pokazał się rogacz. Wyskoczył z pobliskich krzaków, jednak dzięki swemu doświadczeniu Bastian zabił zwierze celnym strzałem w łeb. Wszyscy odrobinę zszokowani tak szybkim tempem akcji, stali przez chwilę jakby zapuścili w glebie korzenie.
-Powiem szczerze... że taki atak rzadko się widzi. - Mruknął Bastian, ładując brakujący pocisk do strzelby. Wyciągnął lornetkę i starał się dojrzeć jakichkolwiek kształtów wśród gąszczu drzew. Nie wiedział jednak czy to wina aury, czy jego starczego wzroku, ale nie mógł dojrzeć czegokolwiek. - Czyżby nastała mgła? - Zapytał głośno. Travar parę razy pociągnął nosem.
-Wydaję mi się, iż to dym panie...
-Faktycznie... pachnie jak dym i unosi się za wysoko jak na mgłę o tej porze. - Stwierdziła Sara.
-Spójrzcie w górę... - Dodał Arcturus. Nad drzewami, unosiło się kilka wąskich smug dymu, rozpraszających się w powietrzu.
-Zbadany to. - Rzekł stanowczo Król wyciągając coś co przypominało krótkofalówkę. - G-10 zgłosić się.
-Zgłaszamy się panie. Cóż skłoniło pana do użycia zastrzeżonej linii? - Odezwał się lekko zdeformowany przez urządzenie głos.
-W sektorze C1 i B3 unosi się parę wiązek dymu. Nie znamy jego źródła, ale przyślijcie tutaj jakiś oddział. Sprawdzimy to, ale może nam się przydać wsparcie. Obecnie jesteśmy na wschodnim C1.
-Przyjąłem. Obecnie F-15 patroluje obrzeża lasu na C2, powinni być za 15 minut.
-Nie będziemy czekać. - Bastian schował urządzenie za pasek po czym gestem nakazał reszcie podążyć za nim. Kroczyli na lekko ugiętych nogach, a źródło dymu było coraz bliżej i bliżej. Po paru minutach chodu Bastian zatrzymał się. - Słyszę rozmowy... - Wszyscy stali bez ruchu. Faktycznie można było usłyszeć przeciągły dźwięk z którego brzmienia dało się wyciągnąć pojedyncze niewyraźne słówka. Niewzruszeni ruszyli dalej, jednak zaczęli przechodzić od przeszkody do przeszkody, kryjąc się za każdym kolejnym obiektem i ruszając dopiero gdy byli pewni, że nic im nie grozi. Szli tak, aż mogli dostrzec światło rozpalonego i dość dużego ogniska. Dookoła niego siedziało parę postaci i o czymś rozmawiało. Dało się też zauważyć kolejne ognisko paręnaście metrów dalej. Był to jakiś obóz... ale kto to był? Wszyscy byli odziani w skórzane ubrania, okryte czarnymi długimi płaszczami z kapturem.
-Nudy w tym lesie jak nigdy. - Dało się usłyszeć od jednego z przechodzących strażników.
-Ta... ci w Vallen chyba nie mają żadnej ciekawej poczty co? - Odpowiedział mu towarzysz. Bastian zaczął się zastanawiać nad znaczeniem ostatniego zdania. Pewnie robiłby to dalej gdyby nie krótkofalówka, podgłośniona na maksimum, która odezwała się kiedy nie potrzeba.
-Tu F-15, zgłaszam się, tu F-15. Jesteśmy na miejscu z którego zgłaszał pan komunikat.
-Do cholery nie teraz F-15! - Warknął Bastian do mikrofonu.
-Ale... - W tym momencie w drzewo huknął pocisk ze strzelby. Strzelcem był jeden ze strażników. Wszyscy zerwali się w kierunku Bastiana i reszty, a im nie pozostało nic innego jak ucieczka.
-F-15 wezwij posiłki! Wezwij posiłki, niech powietrzna K-17 zostanie tutaj zrzucona! I przygotujcie się! Biegniemy w waszym kierunku pod ostrzałem wroga, musicie być gotowi by odpowiedzieć ogniem! - Wrzeszczał Bastian do urządzenia.
-Zrozumiano! - Bastian nie chowając krótkofalówki biegł dalej modląc się za niecelność ich rywali, którzy nie próbowali jednak do nich strzelać. Liczyli, że są w lepszej kondycji fizycznej i w końcu dogonią swój cel. I gdyby musieli tak biec jeszcze dłuższy czas... mieliby racje. Bastian był już na skraju wytrzymałości, ale widział lekko rozrzedzony las przed sobą. Wybiegł z gąszczu drzew wraz z resztą i ujrzał machającego do niego zza przewróconego drzewa żołnierza. Cała czwórka wskoczyła za pień i leżąc na ziemi nasłuchiwała tylko wymiany ognia pomiędzy żołnierzami, a nieznanym wrogiem. Bastian widział jak przez mgłę, a jego sapanie brzmiało niczym maszyna parowa. Wszyscy jednak dokładnie widzieli i słyszeli, nadlatujące samoloty z których na spadochronach spadali żołnierze oddziału K-17.
-Teraz! Zepchnąć ich głębiej! - Krzyknął dowódca drugiego oddziału i w momencie gdy pierwsi żołnierze oddziału powietrznego lądowali na ziemi, wyskoczyli oni zza zasłon i zaczęli naciskać na będącego w mniejszości wroga.
-Macie zrównać ich obóz z ziemią... - Wysapał do urządzenia komunikacyjnego Bastian.

Za błędy, których zapewne kilka/naście jest z góry przepraszam. C.D.N.
 
 
   
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template FIBlack modified by Falcone



TopListy

Liczniki na bloga
Strona wygenerowana w 0,16 sekundy. Zapytań do SQL: 26


Załóż : Własne Forum lub Własną Stronę Internetową