Herbia
Fantastyczny RPG PBF utrzymany w niesamowitym klimacie.

Twórczość - Bitwa o Gryfie Gniazdo

MatiX - 2012-08-20, 20:13
Temat postu: Bitwa o Gryfie Gniazdo
To było dokładnie dwudziestego drugiego dnia Edosu pięćdziesiątego pierwszego roku trzeciej ery. To był początek końca, początek, którego nikt nawet nie zauważył… Dziwne, czarne kamienie nieznanego pochodzenia zaczęły pojawiać się w całej Herbii. Pojawiały się rzadko, ale systematycznie. Z czasem dostrzegano grupy demonów gromadzące się w różnych miejscach a nawet skupiska tych dziwnych, czarnych kamieni. Jednak wtedy było już za późno…
I zaczęło się. W miesiącu Sacter kolejnego roku przybyli Zamaskowani –śmiertelnicy, którzy nawiązali kontakt z demonami i w zamian za pomoc mogły korzystać z ich potężnej mocy. Już pierwszy pokaz siły rzucił większość mieszkańców Herbii na kolana i wtłoczył strach do ich serc. Ogromy słup światła i ognia, który powstał na Archipelagu w pobliżu Taj’cah , zamienił noc w dzień i był widoczny z każdego zakątka kontynentu. Niedługo po tym wydarzeniu piraci zjednoczyli się pod wodzą Zamaskowanego, którego zadaniem było obalenie Wschodniego Królestwa. Na szczęście dla śmiertelnych znalazła się grupa śmiałków, której ten nie docenił i został pokonany. Wyspy zostały ocalone, ale to tylko jedna bitwa z wielu, jakie jeszcze miały nadejść.
Z trzynastki na trzynastkę robiło się coraz gorzej. Coraz więcej demonów pojawiało się w różnych częściach Herbii i dopiero wtedy śmiertelni pojęli, że ta sama moc, która próbowała zniszczyć Archipelag teraz może zniszczyć każdą inną część kontynentu. I wtedy, czternastego dnia miesiąca Elatha na mroźnej Północy pojawił się zwiastun końca –ogromna wieża przyzywająca demony z samego piekła. Piekielne pomioty nie próżnowały, od razu rozpoczęły swój niszczycielski marsz.
Upadek Morlis był początkiem upadku całej Północy. Komu życie miłe, ten uciekł na południe, do Keronu. Władcy zrozumieli, że w pojedynkę nie mają szans i muszą połączyć siły. Zawiązali więc Sojusz. Zjednoczyli wszystkie rasy i armie. Nawet najemnicy i uciekinierzy z Północy, którzy ciągle mogli walczyć dołączyli się. A w tym czasie ostatnia twierdza na Północy –Thirongad –padła.
Demony ruszyły na południe docierając do Keronu. Saran Dun nie wytrzymało naporu potężnej armii, która zmiotła wszystkie pobliskie forty z powierzchni ziemi. Prowincja Królewska padła. Zaraz za nią Prowincje Książęca i Wschodnia. Po wspaniałych miastach takich jak Irios, czy Meriandos pozostały jedynie dymiące zgliszcza zgliszcza. Wojska Keronu cofały się na południe, gdzie miały nadzieję się obronić. W tym czasie oddziały z urk –hun wyruszyły by wspomóc Sojusz.
Jesteśmy teraz na skrawku ziemi, którym niegdyś władały gryfy. To na ich cześć wzgórze zostało nazwane Gryfim Wzgórzem. Dalej, Gryfia rzeka, która wypływa z położonych na wschodzie gór Aron i znajduje ujście w Zatoce Krzyża. Kiedyś była to granica miedzy Prowincją Królewską a Południową, a fort, który tam wybudowano –Gryfie Gnazdo –miał chronić stolicę przed atakiem z Urk –hun. Teraz to tutaj rozegra się największa bitwa, jaką ten świat widział. To właśnie tutaj kieruje się armia piekielników. I to właśnie tutaj musimy ich zatrzymać… by wywalczyć sobie nadzieję na zwycięstwo.
Mamy wiosnę, dziewiętnasty Paxus, pięćdziesiąty trzeci rok trzeciej ery. Dziś nadzieja umrze ostatnia…

Galdor z Dor –Lominu,
kapitan Gryfiego Gniazda

MatiX - 2012-08-24, 00:34

Rozdział 1 - Światło i Cień

Południowe słońce zalewało mury Gryfiego Gniazda, które skrywały obrońców twierdzy. Oczy ich wszystkich skierowane były na północ, ku ciężkim i czarnym zwałom chmur rzucającym cień na cała krainę. Cień ten skrywał mrok i zniszczenie z jakim musieli się zmierzyć.
Czarne chmury zbliżały się do fortu, którego światło dnia rozpaczliwie chroniło nie pozwalając, by opanował go mrok.
-Nie będzie łatwo –powiedział jeden, z czwórki mężczyzn stojących na małym wzniesieniu daleko na zachód od miejsca, na które spoglądali.
-A spodziewałeś się, że będzie? –rzucił kolejny przeczesując palcami rude włosy. –Nawet Gurke to wie, a jest orkiem…
-Tren, jeszcze jedna taka uwaga i odetnę ci ten gadatliwy łeb –warknął ork. Jego dai –katana pozbawiła głowy już nie jedną istotę a ciężki pancerz zniósł olbrzymią liczbę ciosów.
-Dinmar, uspokój się. Ty też, Gurke. I tak mamy już spory problem z tym –Sudżahid Rahid wskazał czarną włócznią na ciemne chmury skrywające niepowstrzymaną jak dotąd armię demonów.
Na uwagę wschodniego elfa Tren Dinmar tylko wzruszył ramionami i sprawdził, czy dwa kuhtary są dobrze umocowane na swoich miejscach.
-A ty, Neril, co sądzisz? –zapytał Sudż wysokiego mężczyznę o białych włosach.
-Jak powiedziałem… Nie będzie łatwo – mruknął białowłosy w odpowiedzi. Jego szare oczy uważnie obserwowały to, co dzieje się w oddali przed nimi. Promienie słońca odbiły się od miecza wiszącego na jego plechach.
Przez kilka chwil wszyscy w milczeniu patrzyli w stronę fortu, któremu mrok pukał już do bram.
-Zaczęło się –powiedział Gurke. –Chodźmy. Musimy go odnaleźć, a stojąc tu tylko tracimy czas.
Czterech mężczyzn potaknęło i ruszyli w stronę zmagań światła i ciemności.

Dowódcy przekrzykiwali się wydając rozkazy swoim ludziom. A krzyczeli tym głośniej im bliżej były potężne czarne chmury. Ludzie, elfy, krasnoludy i orkowie przemieszczali się po murach zajmując pozycje. Nawet niziołki i szpetnie klnące gobliny były obecne.
Zewnętrzny mur był całkowicie obstawiony. Machiny stały a ich załoga czekała tylko na rozkaz do strzału. Kotły wrzącego oleju niemal prosiły się o wylanie na łby wrogom. I oczywiście Gryfia Rzeka –płynąca na północy ze wschodu na zachód. Żaden atakujący nigdy nie przekraczał rzeki bo odciąłby sobie drogę powrotu. Jednak czy demony były zwykłymi najeźdźcami? W każdym razie wszystko, co choćby trochę spowalniało wroga, dawało obrońcom przewagę.
Budynki w dole zostały przygotowane do obrony, bramy zamknięte. Po wewnętrznym murze przemieszczała się od czasu do czasu jakaś postać sprawdzając, czy i ten jest wystarczająco przygotowany do obrony. Teraz już nie było innego wyjścia jak wierzyć, że obrona jest wystarczająca.
Rzemieślnicy –głównie kowale i fleczerzy –nie mieli czasu zajmować się takimi rzeczami bo wciąż mieli dużo pracy. Przygotowywali ekwipunek i naprawiali uszkodzony sprzęt.
Obrońcy na murach obserwowali ja zbliża się cień. Wiedzieli, że armia demonów jest potężna, ale to, co zobaczyli… nie byli na to przygotowani.
Blisko pięćdziesiąt tysięcy piekielnych pomiotów skrywała ciemność przed nimi. A ich samych było nie więcej niż siedem tysięcy…

Glorfindel - 2012-08-24, 08:30

Gwidon siedział na murze ostrząc mizerykordię i posępnym wzrokiem spoglądał raz na czarną najgłębszym mrokiem chmurę, raz na armię lśniącą srebrnym odblaskiem wypolerowanych pancerzy, jak gdyby kładł na szalach i ważył los każdej ze stron.
Nie chciał tu być, trafił do Gryfiego Gniazda przez przypadek - trzy dni temu. Łatwo było wejść, ale każda próba wyjścia bez rozkazu na piśmie kończyła się fiaskiem. Galdorowi brakowało wojowników. Gwidon był w bagnie po uszy.
Szala zwycięstwa jeszcze przed bitwą wydawała się przechylać i zapadać w nieprzeniknionej czerni nadciągającego tumanu demonów. Gwidon przypomniał sobie nauki swojego pierwszego kapitana. "Nie sikaj pod wiatr, Gwidon", mawiał często.
Młody najemnik dołożył starań, by podczas bitwy stać obok Zakonników, to oni zginą na końcu - pomyślał. Siedząc teraz na skraju fortyfikacji mógł oglądać swoją twarz w wypolerowanej na lustro tarczy jakiegoś rycerza. W towarzystwie tych ludzi zaczynał myśleć, że może dobrze, że się tu znalazł i że ktoś musi powstrzymać tę kurewską hordę.
Dręczyła go jeszcze jedna rzecz - stali na murze, a jego koń w stajniach. Do ostatniej chwili oczekiwał jakiegoś rozkazu dla Paladynów, który kazałby wyjechać im za mur. Gdyby to była zwyczajna armia Galdor z pewnością wysłałby harcowników, ale to nie była zwyczajna armia.
Cień był blisko. Gwidon wsunął mizerykordię do pochwy i stanął w jednym z dalszych szeregów zakonnych - na początku chciał popatrzeć, posłuchać rozkazów - może znalazłby zajęcie odpowiednie dla niego. Zwerbowali go to tej armii, ale, jako że nie miał żadnych zobowiązań wobec kogokolwiek w tym zamku, przez trzy dni wypracował sobie w miarę znośną swobodę - sam przypisywał się do oddziału, którego chciał i poruszał się po zamku bez przeszkód. Nie był jedynym takim wyjątkiem.
Za jego plecami przebiegł goniec wrzeszcząc rozkazy dla różnych kompanij. Spektakl się zaczynał.

Vasemir - 2012-08-24, 13:43

Rathûr detarâg nungud, shab-hund! Kurwa! - krzyknął w ucho jakiegoś opóźnionego Goblina i pacnął go w tył głowy, odsuwając od balisty. Jak można było tak nierówno związać zwierzęce ścięgna z których była cięciwa, jak głupim być, by z czegoś takiego próbować potem trafić? Skoro Gobliny tak obsługiwały machiny, to nic dziwnego, że to Orkowie zdominowali Południe.
Poprawił niechlujną robotę i poszedł dalej, na mury, by zobaczyć w końcu czym tak przerażeni byli kerońscy żołnierze, niedobitki państwa niewiernych. Na blankach dłuższą chwilę zajęło mu przedarcie się przez znacznie wyższych Ludzi i Elfów, którzy dopasowywali swój ekwipunek lub biegali roznosząc komendy. Duurghorn stanął w końcu przy jednej z baszt na której ulokowany był trebusz i płonące koksowniki, podciągnął się na murze i wyjrzał przez kamienne zęby. Zdołał tylko dojrzeć zbliżającą się wielką, znaczoną cieniem armię, przypominającej dla Południowego Krasnoluda lawinę gruzu lub wody zachodnich mórz podczas sztormu. Tyle tylko zdołał zanotować - przebłysk skojarzenia, bo po chwili został zepchnięty przez przepychających się żołdaków.
Zszedł z murów i znalazł sobie miejsce między kuźniami a jednym ze składów amunicji - na tyle ustronne, na ile pozwalała forteca o wręcz przepełnionym garnizonie. Wyciągnął schowane pod napierśnik amulety i uklęknął przed swoim toporem, ręce składając w modlitewnym geście. Oba talizmany - Drwimira i Xanda - powiesił po obu stronach ostrzy i zaczął się modlić, jak przed każdą bitwą. Rzecz jasna, dla niego najpiękniejszą ofiarą było dziękczynienie Xandowi i wychwalanie Drwimira w polu, wśród bitewnego zgiełku, lecz myśl o bogach towarzyszyła Krasnoludowi każdego dnia od wielu lat.
Gdyby miał delikatniejsze serce, zapewne by się wzruszył. Ten dzień był dla niego wyjątkowy - spodziewał się ostatecznego rozstrzygnięcia, zakończenia prób i ostatecznego wyniku. Nie sądził, że dziś świat się skończy, a czas zatrzyma, lecz uważał, że ten dzień jest dniem jego próby, testu jego siły i hartu ducha. Nie mógł zawieść, choćby miał polec.

sggs - 2012-08-24, 16:05

Następni!
-Jeszcze jedni? Zabierz mi te ścierwa sprzed oczu zanim sam ich pozabijam.
Następny!
-Dać takim młokosom mieczyk, zbrojkę i butelkę piwa i już mają się za najemników. Jak nie zdechną w pierwszych falach sam ich dobiję. Na cholerę tu w ogóle stoimy? Kto chce walczyć niech walczy. I tak zdechniemy. Nikt nie dostanie wypłaty.
Następny!
-A nie pomyśleliście może, że lepiej jest dla nich umierać tutaj, w boju a nie patrzeć na mordowane rodziny?
Następny!
Najmniej życzliwe miejsce - obozy najemników, w pobliżu biura rekrutacyjnego. A może nie biuro co zwykły chlew z najemniczymi szychami odpowiedzialnymi za pobór. Pokażesz im broń i pancerz - jesteś przyjęty. Notowanie imion "odważnych ochotników" dawno straciło sens. Notki leżały nieodwracalnie zniszczone w gównie i w sumie cała ta akcja robienia listy płac to było jedno wielkie nieporozumienie.
-Na cholerę tu przychodzą?! Przecież bitwa zacznie lada chwila! Już nawołują!
Następni, kurwa!
"Najemników", często z resztą uzbrojonych jedynie w przerdzewiałe bronie, które pierwszy raz trzymali w ręku były całe kolejki, aż za skraj drogi. Stali i szli mozolnie w kolejce, bo tak im powiedziało wojsko. Nic by się nie stało, gdyby po prostu czekali na bitwę. Czego się w sumie spodziewać po wieśniakach, większość prawdopodobnie uchodzących z miejsc, gdzie dotarły demony?

Gurn siedział na murze i słuchał rozmów najemników. Miał gdzieś to wszystko. Czy zabija demony sam, w małej grupie czy w armii samozwańczych wojowników. Dla niego nie miało to znaczenia. Walka to walka. O przetrwanie. Zwycięstwo. O śmierć bez udziału kolan na ziemi i czekania na śmierć.
Słyszał nawoływania. Chyba pora na walkę. Uciachać więcej demonów. Gurn chwycił i dopił resztkę wódki, którą rozdawali kozaccy najemnicy nieopodal, nieco zawiedzeni, że nadchodząca bitwa rujnuje im pijacką zabawę. Podobało mu się ich tradycyjne rozumowanie walki. Chlać, ciachać i jeszcze raz chlać. Znieczulenie i psychiczne i umysłowe.
Rozbił pustą butelkę i powstałym tulipanem rozciął sobie kawałek skóry na przedramieniu. Krwi kapnął na ziemię pod murem.

Matko ziemio. Przyjąć tę krew jak moje ciało gdy umrzeć ja będę. Nie daj cierpieć ja, a śmierć w chwale daj. Jeśli zamiar inny być, w chwale śmierć nieść udaj.
Wstał i zszedł z muru do wewnętrznego pierścienia, próbując iść za stadem. Sam szczerze nie wiedział co ze sobą zrobić. Czekał na sensowne rozkazy. Iść w bój samemu z taką chmarą nie wyszła nikomu na dobre w żadnej opowieści.

MatiX - 2012-08-24, 19:04

Ćień był coraz bliżej - dotykał już północnego brzegu rzeki. Kapitan Galdor wykrzykiwał ostatnie rozkazy, z których większość koncentrowała się na "wszyscy, kurwa, na północna stronę zewnętrznego muru" i "ty, ty i ty macie tam kierować swoimi oddziałami a nie szczać tu w gacie". A kilku udało zauważyć się nawet króla Keronu, który ledwo uszedł z rzezi w Saran Dun.
Gwidon miał rację, co do armii nieprzyjaciela - nie była zwyczajna. Bo która armia atakuje od strony rzeki i to na dodatek od północnej strony w sam środek dnia? No, ale która armia podróżuje pod osłoną mroku? Tu wszystko było dziwne.
Mrok za rzeką rozjaśniła błyskawica i wszyscy ujrzeli dziesiątki tysięcy demonów, zarówno tych mniejszych ustawionych w szeregach, potwornych bestii jak i kilkumetrowych kolosów - niektóre z nich stały przy machinach oblężniczych.
Z za rzeki dało się słyszeć odgłos rogu - przypominał ryk rozwścieczonej bestii. Róg zawył i na murach. Długi, przeciągły i dudniący dźwięk zalał całą twierdzę.
A więc zaczyna się.
Cień minął już rzekę i wspinał się na wzgórze, prosto na mury fortu. W górze widniały sylwetki potężnie zbudowanych, uskrzydlonych minotaurów. Ich długie ogony wiły się spokojnie za nimi.
-Ognia! - padł pierwszy rozkaz. Strzelcy, których dotyczył rozkaz zaatakowali i udało im się zabić kilka z tych istot. Jednak większość grzmotnęła na mury.
Demony miały około trzy metry wzrostu a ich potężne mięśnie ułatwiały posługiwanie się dwuręcznymi broniami, w które były wyposażone. Zaczęły siec wszystkich w pobliżu, ale Sojusz nie stał bezczynnie i też atakował. Padały kolejne ofiary po obu stronach.

Vasemir - 2012-08-24, 19:48

Słysząc rozkazy, Krasnolud pobiegł na mury do jednej z balist obsługiwanych przez Południowców. Właściwie nawet nie był pewien czy został przydzielony do konkretnej machiny - jeden z oficerów, którym, zdawało się, podlegał, mówił coś, ale Duurghorn zbytnio go nie słuchał. Zresztą, nawet nie bardzo mówił we wspólnym - rozumiał wprawdzie przynajmniej połowę ze słyszanych słów i był dość inteligentny, by zrozumieć kontekst wypowiedzi, ale sam posługiwał się stosunkowo niewieloma.
- Bić skurwieli! - zakrzyknął ochoczo, dopadając do jednej mniej obsadzonych balist przy której krzątały się dwa gobliny w słusznym wieku. Zaczął sprawną, doświadczoną ręką ładować lub podawać pociski przypominające oszczepy - często były to też uszkodzone włócznie czy piki o pordzewiałych żeleźcach, najwyraźniej nie nadające się zbytnio do użytku. Chwytał za wielkie łożysko i przestawiał je nieco, na tyle, na ile pozwalał sztywny dość mechanizm. Pola manewru nie było wiele, ale Krasnolud nie obawiał się spudłowania - zawsze uważał, że miał celne oko, a niebo było czarne od piekielnego ścierwa.
Bez wahania wystrzelił dwa razy, lecz wstrzymał się przed trzecim pociągnięciem za spust. Nagle doskoczył do balisty, chwycił grubym łapskiem pocisk, a klejnoty wprawione w czarną rękawicę rozjarzyły się. Wlał we włócznię ognistą energię, energią przesączoną słusznym, krasnoludzkim gniewem i chyżo wrócił na swe stanowisko. Wycelował w jedno z większych kłębowisk skrzydlatych demonów i wystrzelił, licząc na to, że wybuchający pocisk strąci z niebios lub przynajmniej rani kilku pobratymców pechowego skurwysyna.

Glorfindel - 2012-08-24, 21:13

Rzut oka na siły Południowców stojących obok Zakonników pozwalał Gwidonowi ocenić, że niedługo będą potrzebowali pomocy Sakirowców. Między zwykłymi żołnierzami starcy oraz wyrostki, niejednolite uzbrojenie, ścisk, chaos, wrzask - okrzyki odważnych zawadiaków, z których każdy chciałby się zrobić oficerem i jęki tchórzy - nieliczne. To jedno należało im przyznać, mieli pod dostatkiem ducha walki.
Paladynom nie brakowało niczego. Grobowe milczenie panujące tu długi czas przerwał huk bojowego okrzyku. Gwidon nie znał słów, ale razem z rycerzami uderzył swoją włócznią w puklerz. Szybko wykonał magiczną tarczę, by podziwiać awiację najeźdźców i sprawność zakonnych strzelców. Świst pojedynczych bełtów łączył się z innymi świstami i zlewał w potężny warkot. A każda salwa przysparzała demonicznych trupów na odcinku muru, który obsadzali. To było to, czego Gwidon oczekiwał od tych ludzi. Cudowny to widok, gdy dziesiątki wrażych trucheł padają z nieba, jak deszcz, robią się mniejsze i mniejsze, by zniknąć w cieniu, który z sobą przywlekli.
Mała grupa minotaurów zamiast pomniejszać się, wydawała się większa i większa, kontrastując z tłem. Jeden powiększał się bardzo szybko. "Kurwa, leci prosto na mnie" - pomyślał najemnik. Ugiął nogi w kolanach, by być gotowym do odskoku, pochylił włócznię, zasłonił się tarczą, lewą dłoń przygotował do zaklęcia Tuz.
- Zdychaj - szepnął i pchnął włócznią w bestię, by zaraz potem uderzyć ogniem.

sggs - 2012-08-25, 15:28

Espadon w rękach, nogi wiedziały same jak stawiać kroki. Cięcie, półpiruet, topór wbity w ziemię, zamach, ślizg miecza po rogu minotaura, pozwolenie by bezwładność zarzuciła espadonem. Minotaur nie zdąży. Gurn dał się pociągnąć mieczowi. Wykonał na jednej nodze pełny obrót, dając ostrzu siły. Wysoka fontanna krwi. Minotaur ryknął z bólem...
Żaden z najemników nie wiedział, że walka rozgorzeje tak szybko. Masakra zaczęła się zaraz po wyjściu za mury. Gdyby Gurn nie umiał tak sprawnie walczyć, skończyłby dosłownie w dwóch kawałkach jak większość.
Barbarzyńca miał tylko nadzieję, że organizacja nie byłą spartaczona wszędzie tak samo. Tutaj po prostu za mury wypychano najemnych na śmierć. Jeśli Gurn szybko nie zmieni okolicy, szybko zakończy swoją walkę.
Na drodze kolejny minotaur. Zatarł kopytem błocko za siebie. Nie, pomyślał uratai. Czas dołączyć do bardziej godnych. Rozpoczął bieg. Minotaur, który się nim zainteresował przymierzał się do zamachu.
-Uderz!! - krzyknął do potwora, gotując nogi do błyskawicznych zmian pozycji, nadstawiając naramiennik, wielce podobny do wroga..
Usłuchał. Świst. Błysk i głośny, świdrujący, metaliczny dźwięk. Gurn nie spodziewał się takiej siły, ale osiągnął zamierzony cel. Szybko postawił się na nogi i dokończył robotę. Kolejny minotaur padł. Ten obok swojego pękniętego topora.
Wszędzie dookoła słychać było tylko agonię. Najintensywniej jednej ze stron...
Walka dopiero się zaczęła, ale wiedział, że w tym miejscu długo tak nie uciągnie nawet on. Trzeba wrócić za mury. Ale jeszcze tylko kilka demonów...

MatiX - 2012-08-25, 17:25

/Sggs, wy jesteście na murach :P /

Pierwszy pocisk wystrzelony przez Duurghorna pomknął ku chmarze demonów na niebie. Oko krasnolud było celne, ale demony zwinne, więc żaden nie ucierpiał. Jednak płonący pocisk zwracał uwagę. Jeden z piekielników, trzymający potężny topór dwuręczny, kierował się wprost na krasnoluda i jego ekipę skrzeczących goblinów, którzy właśnie ładowali kolejny pocisk.
Demon z hukiem wylądował przed balistą, tak, że pył i mniejsze kawałki gruzu podskoczyły w górę. Zrobił szybki krok podnosząc broń, wziął zamach i...
Duurghorn wystrzelił a demona po prostu zmiotło z murów.
-Nie marnuj amunicji! Na mój sygnał strzelaj do grup na ziemi! - krzyknął dowódca, ale to były jego ostatnie słowa, bo lądujący demon pozbawił go głowy i połowy klatki piersiowej. Teraz wziął sobie za cel Duurghorna...

Gwidon odskoczył przed szarżującym z powietrza demonem ale tylko cudem uniknął trafienia. Włócznią nie miał nawet szans na trafienie przeciwnika.
Potwór z rykiem wylądował z tyłu i zaraz poderwał się w górę.
Gwidon dostrzegł ślad po oparzeniu na jednym ze skrzydeł. Przynajmniej rzucone chaotycznie zaklęcie zadziałało.
Tym razem piekielnik nie leciał prosto na najemnika ale zaczął krążyć... i nagle w jego piersi znalazły się dwa bełty wystrzelone przez stojących kilka metrów dalej kuszników.
Demon ryknął wściekle i zaszarżował na strzelców.

Kiedy dwie połowy elfiego łucznika upadły z krwawym plaskiem na mur, Gurn już wiedział gdzie znajduje się jego kolejny przeciwnik. Demon ryknął wściekle. Po stracie swojego młota atakował potężnie umięśnionymi łapami. Kilka metrów za nim jakiś uzdrowiciel zasklepiał szerokie rozcięcie na ramieniu innego żołnierza, co zwróciło uwagę pseudo-minotaura właąnie na niego...
Gurn miał czyste podejście do wroga.

sggs - 2012-08-25, 19:08

/Sory :P . Ale jak co siekę dalej. Zwijać muszę, a nie chcę hamować. Jutro powinienem odpisać./
Vasemir - 2012-08-25, 20:46

Krasnolud zaklął, gdy spudłował i zaklął, gdy czart zdjął jakiegoś lepiej wyposażonego żołnierza, który coś próbował do niego krzyknąć. Pysk się do wroga kieruje, a nie szczeka niepotrzebnie! Duurghorn odwrócił się plecami do balisty, opuścił saladę na oczy, chwycił swój topór w jedną, a kiścień w drugą dłoń. Srebrny bijak rozhuśtał lekko i wyczekał, aż demon postawi pierwszy krok w jego stronę.
Ryknąłby na przestrach, ale nie znając przeciwnika nie chciał płuc z powietrza opróżniać. Nabrał tylko tchu i ruszył pędem w stronę piekielnika, szykując się do obrony. Ścierwo nie dość, że szybkie i skrzydlate, to wielkie i silne - ha, Xand nigdy nie stawiał zbyt nisko poprzeczki!
Nie liczył na swoją zwinność, bowiem przez swą tuszę nigdy nie był zbyt ruchliwy, a krótkie nogi nie pozwalały na znaczną szybkość. Wiedział jednak jak używać broni i jak zbijać przeciwnika i to zamierzał wykorzystać - chciał zbić lub zablokować oręż przeciwnika własną bronią - najpewniej toporem z prawej ręki, choć zależało to od kierunku zamachu przeciwnika - a drugą bronią sieknąć w kudłate nogi. Potężnej postury minotaury miały przewagę wzrostu, ale większe cielsko było większym celem - Duurghorn miał nadzieję roztrzaskać diabłu kolano i tym samym praktycznie zakończyć walkę już na wstępie.

Glorfindel - 2012-08-26, 10:35

"Hardy skurwysyn!" - pomyślał Gwidon po krótkim starciu z demonem - "Ale głupi" - dodał, ciskając w bestię włócznią z odległości ledwie kilku jardów. Nie było mowy o chybieniu. Celował w dolną część ogromnych pleców, powyżej miejsca, gdzie niby-ludzka skóra przechodziła w niby-kozią, pokrytą kaskadami białej jak śnieg sierści zabrudzonej tylko w jednym miejscu na błotnisty brąz. To, że demony jadły (i to najczęściej ludzi) Gwidon doskonale wiedział, ale o tym że taki syn trawi i sra nie pisali nawet w Circa daemones, która to księga spoczywała przypięta w skórzanej sakwie na pasie najemnika. Rzecz jasna Gwidon ubił już kiedyś demona, czy dwa, ale nigdy nie interesował się ich truchłami, bo demony nie mają w zwyczaju nosić przy sobie złota. Nic dziwnego. Widział ktoś kiedyś demona-handlarza?
Wracając do rzeczy - nie było czasu na badania anatomiczne. Wyrzucona włócznia zajęczała w locie, zgrzytnął miecz dobyty z pochwy, podeszwy butów zastukały o kamienny mur, zadzwoniła cicho kolczuga - ale wśród bitewnego zgiełku słyszał to tylko szarżujący na monstrum Gwidon.

MatiX - 2012-08-27, 21:46

Ponad trzymetrowy demon, w barkach szerszy niż Duurghorn wyższy, z ogromnym toporem dwuręcznym wpatrywał się - jakby z rozbawieniem - na krasnoluda. Jego lśniące blado złote oczy na moment tylko przeskoczyły na gobliny z tyłu, które dobyły swoich małych broni.
Demon ryknął wypinając nagą pierś i biegiem ruszył na Duurghorna. Szybko uniósł topór mając zamiar rozpołowić przeciwnika - atakował z nad prawego barku.
Gdyby nie to, że krasnolud miał wprawę w walce, to zablokowanie tego cios skończyło by się w najlepszym wypadku złamaną ręką. A siła ciosu była ogromna. Topór wypadł Duurghornowi z ręki, ale demon też miał pewien problem - włożył zbyt dużo siły w atak przez co na chwilę zachwiało to jego równowagą.
A chwila w walce to baaaardzo długo.
Duurghorn drugą bronią uderzył w kolano przeciwnika, ten ryknął i padł na bok wypuszczając swą broń. Dobicie go to już zwykła formalność.
-Rzeka! Rzeka! Strzelajcie w stronę rzeki! - krzyknął ktoś.
Dwa gigantyczne demony - tak z siedem metrów wzrostu na oko - wspinały się w górę wzgórza. Za nimi podążały chmary mniejszych bestii. Jeśli dotrą do murów..

Gwidon zdziwiłby się, gdyby wiedział, kim i czym mogą być demony, ale w tej chwili zastanawianie się nad tym byłoby bardzo nieroztropne.
Wyrzucona włócznia trafiła nieco wyżej niż Gwidon celował, ale rezultat i tak był dobry. Demon dostał prosto w nasadę i tak już poparzonego skrzydła. Z jego gardła wydostał się ryk bólu a chwilę potem to gardło przebił pocisk strzelca, którego wcześniej próbował zabić.
Gwidon wtedy dostrzegł, że dwa giganty przemierzyły rzekę i wspinają się po wzgórzu a za nimi kroczyła horda demonów. Nie miał jednak czasu się temu przyglądać, bo coś ciężkiego wylądowało tuż za nim, a równie ciężki młot mknął ku niemu by zrobić z niego miazgę.

Vasemir - 2012-08-28, 01:03

Krasnolud splunąłby jeszcze na ścierwo, które sprawiło mu ból, ale był zbyt zdyszany, by ustami robić coś poza łapaniem przesiąkniętego smrodem potu, krwi i strachu powietrza. Gdy skończył kiścieniem masakrować czarci łeb, podbiegł swoimi krótkimi krokami do oręża, który wypadł mu z dłoni, zabrał go i pobiegł do balisty, która miała najlepsze pole do strzału w giganty, na które chyba wszyscy zwrócili uwagę.
- Przestawić! - krzyknął do kogoś spychającego z muru truchło demona razem z ciałem śmiertelnika. - Przestawić balistę!
Zaparłszy się o ziemię pchnął łożysko razem z całą konstrukcją, by móc łatwiej wycelować w nadciągające olbrzymy. Teraz był przekonany, że nie ma wyjścia - chwycił za jakiś paskudniej wyglądający oszczep o zębatym grocie, ścisnął go w dłoni i skupił się na własnej woli przetrwania, wzywając Xanda na pomoc w chwili próby. Gdy pocisk magicznie zajął się niewielkim, rozbieganym płomieniem, Krasnolud załadował go do balisty, mając szczerą nadzieję, że odnajdzie swój cel.
- Pleeeecy pilnować! - krzyknął gromko, rozejrzał się, czy aby na pewno jakiś czart właśnie na niego nie szarżuje i doskoczył do machiny. Głęboko odetchnął i powoli wycelował w jednego ze zbliżających się gigantów, licząc na rozerwanie korpusu oblężniczego monstrum. Pociągnął za ciężki, drewniany spust, w myślach oczekując już tylko łaski Xanda.

Glorfindel - 2012-08-28, 11:10

Gwidon skrzywił usta w niechętnym grymasie, gdy włócznia zgórowała. Ale nie miało to znaczenia. Szarża, którą przypuścił okazała się zbędna za sprawą zakonnego kusznika. "Wspaniali żołnierze", pomyślał Gwidon. Nie wytracił jeszcze pędu, gdy znalazł się obok upadającej właśnie szkarady, a za jego plecami raptem wylądowała druga. Jedyną rzeczą jaką mógł zrobić był dalszy bieg, a raczej dwa skoki, by ukryć się za pierwszym trupem i tam dopiero stawić czoła kolejnemu aerominotaurowi.
Nie wiedział - usłyszał to, czy zobaczył kątem oka, ale był świadomy, że za chwilę coś się połamie - albo kamień z którego wybudowano mur, albo jego kości, jeśli nie odskoczy na czas. Nagle uświadomił sobie, że jego zmysły są wyostrzone i szybsze, widział kuszników naciągających cięciwy, olbrzymy biegnące po zboczu, za nimi pomniejsze bestie, mógł rozróżnić ich gatunki - ifryty, ghule, sile, maridy, sajtany i inne, widział artylerzystów ładujących balisty i salwę goblińskich łuczników, słyszał krzyki każdego żołnierza osobno, widział wreszcie swoje nogi podczas skoku, słyszał szczęk broni i dzwonienie kolczugi. Wszystko działo się wolno jak we śnie. Za wolno, zdawało się Gwidonowi - tylko myśli mknęły z ogromną prędkością. A wśród natłoku myśli przewijało się jedno słowo - pancerz. Pancerz ciąży podczas skoku. Pancerz chroni życie. Co tym razem? Najemnik liczył zarówno na ten stalowy, jak i magiczny.

sggs - 2012-08-29, 23:26

Dwóch pachołków, niosących na noszach poważnie rannego, żegnało się już z życiem. Jednak ten barbarzyński ryk usłyszeli jak by zstąpił z niebios. Rozbrzmiał w ich uszach mocniej niż reszta chaotycznego bitewnego zgiełku. Mieli wrażenie, że oto ocalił ich ich własny brat. Mimo iż widzieli wojownika pierwszy raz w życiu.

...

Gurn wpadł na pseudominotaura raniąc go naramiennikiem. Po utraceniu impetu posunął stopą krok do tyłu, a drugą szurnął w tył robiąc obrót i dając mieczowi pędu, którego potrzebował by uciąć twardej skóry na przedramieniu gdzie odznaczała się znaczna żyła. A potem zręczny odskok z przewrotem na bezpieczną odległość. Walka z tym stworem niestety nie kończy się tak łatwo, ale Gurn osiągnął zamierzony cel, bo odwrócił uwagę od dwóch młodziaków. Nie żeby był to jakiś jego poryw serca. Ale jak mówi się o uratai - swój poznaje swojego, i nie odpuści jak ktoś lub coś dybie na jego bezpieczeństwo.
Stworowi wibyło się z głowy atakowanie dwóch bezbronnych młodziaków. Przecież ten oto wór mięcha go poważnie zranił i nie zamierza odpuścić. Trzeba go zniszczyć. Trzeba go zmiażdżyć. Trzeba go rozwalić...

...

Pachołków otrząsnął ktoś od nich starszy rangą.
-Portki zmienicie jak doniesiecie go do namiotu Coehoerna! Jazda!
Z pewnością uratai, taki jak oni sami, dosypał im garść piasku do klepsydry. Jednemu z nich było na prawdę wstyd. U niego w portkach rzeczywiście rozległo się niepokojąco lepkie ciepło. I to niemało...

MatiX - 2012-12-18, 15:00

Pancerz faktycznie utrudnił Gwidonowi oddanie skoku, ale nie na tyle by nie uniknął ciosu. Młot demona spadł zaraz za wojownikiem uderzając w mur. Odłamki budulca trysnęły we wszystkie strony. Użycie Mellvért dla dodatkowej ochrony okazało się dobrym pomysłem bo kamienie odbiły się od tarczy i ugodziły piekielnika.
Demon ryknął jedną ręką próbując pozbyć się gruzu z oczu.
To była szansa na pozbawienie życia kolejnego przeciwnika...

Kolejny pokonany wróg! Potęga Uratai jest niezmierzona!
Gurn mógł zaczerpnąć przesiąkniętego zapachem śmierci powietrza i rozejrzeć się. I dostrzegł kilka metrów dalej innego Uratai walczącego zaciekle przy użyciu topora i tarczy. Jego długie, jasne włosy były poplamione krwią.
-Pomóżcie nam tutaj! - ryknął ktoś z drugiej strony.
Była tam balista wycelowana w nadciągające olbrzymy na dole. Problem w tym, że nie miał jej kto obsłużyć bo artylerzyści bronili się przed atakiem innego demona.

sggs - 2012-12-18, 17:34

Młynek espadonem. Ryk. Bieg. Cięcie. Po stronie jasnowłosego oczywiście.

Jeszcze demonów śmierć. Mało, bo nie dużo tu. Ale tamta machina musieć wypuścić dzide. Jeszczę tylko trochę demon.

Pobratymiec w końcu musi zauważyć obecność Gurna. Miał nadzieję nakłonić go do pójścia w stronę balisty, by artylerzyści mogli chociaż raz wystrzelić. Zbliżające się olbrzymy z pewnością dałyby Gurnowi dobrą śmierć, ale to dopiero początek bitwy.

Trzeba pomoc tym słabiakom. Niegodni, bo strzelać z wiele wiele ciężka broń, ale potrafią strzelać.

Gurn splunął.
Po ucięciu demona jeden nieprzyjemny flaczek wpadł Gurnowi do rozwartych w ryku ust. Niemal sprawiło, by musiał się wykaszleć. To byłby pech, gdyby musiał krztusić się pomiędzy ostrymi pazurami wrogów.

MatiX - 2012-12-19, 19:21

Krew tryskała z ran demona gdy jego ciało spadało bezwładnie z murów. Uratai klepnął pobratymca w ramię i z uznaniem skinął głową. jednak to nie czas na przerwę.
Gdy Gurn miał wrócić pomóc artylerzystom na jego drodze stanął inny demon. Ten był inny niż reszta. Była zdecydowanie wyższy i potężniejszy. Jego oczy promieniowały wściekłą czerwienią, skóra była idealnie szara i gładka. W jednaj ręce dzierżył pokaźnych rozmiarów młot bojowy a w drugiej nie mniejszą, grubą tarczę.
Demon przytupnął mocno pochylając się do przodu i wydał z siebie potworny ryk, jakiego jeszcze wojownicy nie słyszeli. Ryk ten zaczął napełniać ich serca strachem...

sggs - 2012-12-20, 23:16

Walczyć, albo śmierć!
To co napędza Gurna, to walka. Większy wróg? Wystarczy parę cięć więcej niż zwykle.
Ale barbarzyńca nie był na tyle głupi by rzucać się demonowi pod młot. Trzeba zobaczyć co da się wykombinować. Jemu samemu na pewno się nie uda. Po silnym uderzeniu broni tego draństwa naramiennik z pewnością odleci w dal razem z ręką urataia. Trzeba zdać się na zwinność.
Gurn odegnał machnięciem głowy i dmuchnięciem zakrwawione włosy z twarzy, trzymając oburącz miecz w gotowości.
Co robią inni? Nie pójdzie, puki ktoś nie odwróci uwagi demona. Gdzie leży najmniej gruzu i trupów? By nie potknąć się o nie z decydującym momencie?
Ten demon na prawdę jeży włosy. Gurn nie pozostał dłużny. Również rozdarł gardło krzykiem.
Był gotowy. Czekał na okazję by ruszyć i trochę pociąć.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group